Site Loader

Pomysł na ten wpis powstał zupełnie spontanicznie, pewnego mroźnego poranka, kiedy zastanawiałam się o czym chciałabym napisać po mojej długiej przerwie od pisania i publikowania.

Ciężko mi było od razu wejść w ten rytm pisania z super merytorycznymi treściami. Chciałam czegoś lekkiego na rozgrzewkę i tak oto drogi Czytelniku masz przed sobą moje przemyślenia i wnioski, które wyciągnęłam po okresie 3-letniej aplikacji adwokackiej. Zdaję sobie sprawę, że wpis (z uwagi na swoją tematykę) bardziej jest adresowany do prawników / aplikantów niż do pozostałych Czytelników, ale być może pozostali też z niego coś wyciągną dla siebie. Weźcie więc kubek kawy lub herbaty w dłoń i do lektury! 🙂

Czy było warto? Czy zdecydowałabym się znowu iść tą drogą? Czego się nauczyłam? Czy można było wybrać inaczej?

Każde doświadczenie (zarówno to złe jak i dobre) czegoś nas uczy. Nie mogę powiedzieć, że były to zmarnowane lata, ale też nie jestem z nich stuprocentowo zadowolona.

Moją relację z nauką na aplikacji określiłabym jako słodko-gorzką. (Jeśli myślicie, że to wygląda tak, jak w popularnych polskich serialach o prawnikach to nie idźcie tą drogą! :))

Aplikacja adwokacka

Aplikacja adwokacka trwa 3 lata, a każdy jej nowy rok zaczyna się w styczniu (inaczej niż na studiach, gdzie to październik jest miesiącem rozpoczynającym rok akademicki). Cały okres aplikacji odbywamy pod okiem naszego patrona (mecenasa, który ma przybliżać nam “tajniki zawodu” i pokazywać praktyczną stronę pracy).

W teorii aplikacja ma nie być powieleniem studiów i zagadnień tam poruszanych, natomiast ma być nastawiona na praktykę. W teorii.

W praktyce wygląda to tak, że jedne zajęcia (wykłady lub ćwiczenia) są lepsze, a inne gorsze. Dokładnie tak jak na studiach. Jeśli trafimy na fajnego prowadzącego, który będzie potrafił porwać nas prowadzonym przez siebie tematem, to będą to wartościowe zajęcia. Jeśli natomiast będziemy mieli pecha, to skończymy na oglądaniu slajdów prezentacji, na której pokazane są wycinki ustaw. Nie spodziewajcie się też, że sama aplikacja przygotuje Was do zawodu adwokata (lub innego w zależności od wybranej aplikacji).

Praktyki

Pamiętam, że na pierwszym roku aplikacji (pierwszy semestr trwający pół roku), bardzo zżymałam się, że musieliśmy brać udział w praktykach w sądzie i w prokuraturze, bo wydawało mi się to pozbawione sensu i marnotrawstwo czasu.

Z perspektywy czasu, mogę jednak powiedzieć, że te praktyki pozwoliły mi oswoić się z sędziam i prokuratorami jako takimi. Także poznać ich pracę w sądzie bądź w prokuraturze “od kulis”.

Sędziowie na ogół, (wiadomo zdarzały się wyjątki) chcieli nam przekazać chociaż wycinek wartościowej wiedzy (wycinek bowiem z jednym sędzią mieliśmy np. tylko 2 dni praktyk przez całe pół roku). Więc niewątpliwie było to wartością dodaną. Nie mniej jednak organizacja praktyk mogłaby wyglądać nieco inaczej. Na przykład, gdybyśmy mieli z jednym sędzią co najmniej tydzień spotkań, wydaje mi się, że można byłoby z takich praktyk więcej wyciągnąć. Mam wrażenie, że chciano pokazać nam “wszystko” (każdy wydział sądu) i trochę zgubiono sens samych praktyk.

Praktyki z reguły zabierały nam cały dzień, a my denerwowaliśmy się głównie dlatego, że jeszcze trzeba było wrócić do pracy i zrobić to, co na dany dzień mieliśmy zaplanowane, czyli de facto pracować jeszcze dłużej. Raczej nam się to nie podobało :). Nie mniej jednak, przy dobrej organizacji czasu i pracy dało się to jakoś pogodzić, a same praktyki oceniam na plus. Nie mniej jednak zaliczam ten okres do tych bardziej intensywnych. Tym bardziej, że był to sam początek aplikacji a my sami byliśmy nieco zagubieni i próbowaliśmy znaleźć swoje miejsce w nowej “aplikacyjnej” rzeczywistości.

Egzaminy

Aplikację adwokacką odbywałam przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Krakowie i u nas przez cały okres aplikacji odbyły się 3 egzaminy i jeden konkurs krasomówczy.

Na pierwszym roku byliśmy zobligowani do zaliczenia ustnego egzaminu z etyki zawodowej oraz pisemnego egzaminu z prawa karnego i ustnego egzaminu z prawa karnego.

Na drugim roku aplikacji musieliśmy zdać pisemny egzamin z prawa cywilnego i ustny egzamin z prawa cywilnego.

Egzaminy pisemne polegały na tym, że w czasie 3 godzin, po przeanalizowaniu akt, które dostaliśmy (akta przygotowane na podobieństwo akt, które dostajemy na państwowym egzaminie zawodowym) musieliśmy napisać apelację (bez części uzasadnienia).

Egzaminy ustne, które odbywały się po egzaminach pisemnych polegały na omówieniu wyników egzaminów pisemnych (zwróceniu uwagi na ewentualne błędy, udzieleniu wskazówek do egzaminu zawodowego) oraz rozwiązaniu kazusów. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to zestaw 3-4 kazusów.

Formę egzaminów i ich poziom oceniam zdecydowanie na plus, bowiem w jakimś stopniu mogliśmy dowiedzieć się jak to będzie wyglądało na końcowym egzaminie zawodowym oraz co ewentualnie możemy jeszcze poprawić. Bardzo dużym plusem było to, że ocen egzaminów pisemnych podczas aplikacji dokonywali również mecenasi, którzy brali dotychczas udział w ocenianiu egzaminów zawodowych poprzednich roczników aplikantów. Otrzymanie oceny bardzo dobrej od takiego egzaminatora dodawało skrzydeł :).

Na trzecim roku aplikacji czekało nas już tylko wzięcie udziału w konkursie krasomówczym, polegającym na wygłoszeniu mowy końcowej. I tutaj zupełnie nie oceniam tego na plus, bo nijak ma się to do praktyki.

W praktyce mowy końcowe (przynajmniej te, które do tej pory słyszałam) są, krótkie, a ich walor praktyczny jest… znikomy. Zdradzę Wam, że jeden z sędziów powiedział kiedyś, iż w calej jego 30-letniej karierze tylko jeden raz zmienił zdanie co do roztrzygnięcia po usłyszeniu mowy końcowej pełnomocnika. Smutne, ale niestety tak wygląda praktyka, a zaprzeczanie rzeczywistości, nie ma sensu. Nie chodzi o to, że te mowy są złe, czy że pełnomocnicy źle to robią, ale o to, że na tym etapie procesu sędziowie mają już raczej ugruntowany pogląd na rozstrzygnięcie i żadna płomienna mowa końcowa nie jest w stanie tego zmienić. Zupełnie inaczej niż w serialach, prawda?

Oczywiście jest to moja subiektywna ocena, ja wolę skupiać się na działaniach przed procesem (zapobieganie!), a jeśli już do niego dojdzie to w jego trakcie, niż na przygotowywaniu elaboratów do mowy końcowej. Uważam to za złe wywarzenie nakładu pracy w stosunku do efektu jaki przynosi.

Patron

Z reguły mecenasa-patrona aplikanci wybierają sobie sami. Pozwala to uniknąć sytuacji “wzajemnego niezrozumienia”. Wiadomo, że zawsze wybieramy osoby, z którymi się dobrze dogadujemy lub od których możemy się czegoś nauczyć. Bardzo często jest tak, że wybieramy patrona, u którego aktualnie pracujemy, natomiast nie jest to warunek konieczny. U mnie było tak, że moim patronem był jeden mecenas, natomiast pracowałam u kogoś innego. Ciężko mi ocenić, która opcja jest lepsza, wydaje mi się, że chodzi tu głownie o to, żeby znaleść osobę, od której możemy się czegoś nauczyć i która też będzie nam pomagać z praktycznymi problemami, które niewątpliwie napotkamy podczas codziennej pracy.

Podsumowanie

Podsumowując, aplikacja (z uwagi na to, że po pół roku jej odbywania możemy występować przed sądem i innymi organami państwowymi jako pełnomocnicy) jest przydatna jeśli chcemy zdobyć praktykę czysto procesową na sali sądowej, natomiast same zajęcia (wykłady i ćwiczenia) nie przygotują nas do sprawowania zawodu. Tego może nas nauczyć tylko praktyka, czyli praca w kancelarii. Żmudna, ciężka, która bardzo często zmusza nas do “zakopania się” w ustawach, dokumentach itp. Nie ma tutaj wtedy miejsca na serialowe zwroty akcji na sali sądowej czy płomienne mowy końcowe, które poruszają serca i prowadzą do uniewinnienia głównego bohatera. Do tego dołóżcie stres. Czasem większy (kiedy mamy dużą sprawę sądową) czasem mniejszy. Ale należący raczej do codzienności.

Taka mała dygresja, odnośnie stresu. Zapytałam kiedyś mojego ówczesnego szefa jak on to robi, że w ogóle się nie stresuje, (bo ja wtedy na pierwszym roku aplikacji stresowałam się każdym wyjściem do sądu), Wiecie co mi powiedział? Że się stresuje, i to zawsze 🙂 Trik tkwił w tym, że nigdy nie było tego po nim widać.

Dodało mi to otuchy ale i skłoniło do refleksji, że to taka praca. To po prostu musisz wpisać w swoją codzienność i musisz nauczyć się sobie z tym radzić.

Ja wybrałam tak, natomiast czy wiedząc, to jak ta praca i sama aplikacja wygląda i ile będzie mnie to kosztować wyrzeczeń, ile ciężkiej pracy – czy wybrałabym tak samo?

Nie wiem, może próbowałabym zajmować się prawem nieco inaczej. Może niekoniecznie dążyłabym do uzyskania tytułu zawodowego. Może. A może nie :). Jest tyle opcji! I nie, nie uważam, że odbywanie aplikacji jest tą jedyną słuszną. Słuszną jest wtedy, kiedy to faktycznie czujesz.

Dlatego sami musicie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to na pewno jest droga, którą chcielibyście iść i czy na pewno wiecie co Was czeka?

Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie poruszyłam wszystkich kwestii związanych z tym tematem, ale też nie chciałam żeby wyszedł mi wpis-tasiemiec. Jeśli więc chcielibyście dowiedzieć się jakichś szczegółów odnośnie aplikacji lub chcielibyście żebym napisała wpis stricte o pracy w kancelarii piszcie śmiało. Chętnie odpowiem :).

Post Author: Ewa Stawecka

Nazywam się Ewa Stawecka i jestem prawnikiem. Od 2017 roku jestem członkiem Okręgowej Rady Adwokackiej w Krakowie. Z prawem związana jestem już od ponad 8 lat.

O prawie dla kreatywnych staram się mówić w przystępny i ciekawy sposób.

Zapraszam do komentowania!